od dzisiaj...

od dzisiaj blog zmienił nazwę ze "zbieractwo i wieczne życie na kredycie" na "dda i matka".

i to jest mój podstawowy problem - jestem dda

i muszę to głośno i wyraźnie powiedzieć:

jestem dda


 jako dorosłe dziecko alkoholika mam ogromną potrzebę sprawowania kontroli. dodatkowo role "matka - dziecko" odwróciły się w moim domu ok. 23 lata temu. od tego czasu to ja jestem matką dla mojej matki. i to jest straszne... miałam wtedy 7 lat.

kilka razy podejmowałam terapię, ale zawsze przerywałam... dopiero w 2012 roku poszłam i skończyłam, ale okazało się, że nie wszystko przerobiłam.

byłam dzisiaj z mamą u psychoterapeutki - moja matka będzie do niej chodzić na zajęcia a'la "warsztaty", a ja muszę zdecydowanie poddać się terapii... oczywiście nie jest tak, że ktoś mnie zmusza. ja chcę w końcu przerobić moje życie, aby móc żyć normalnie...



teraźniejszość + przyszłość...

co się teraz dzieje? w sumie to nic ciekawego...
jestem w trakcie ogarniania dokumentów jakie zabrałam z domu matki.

była z nią w banku, w którym ma  konto, i w którym nabrała kredytów... wystawiono mi pełnomocnictwo do konta. spłaciłam kartę kredytową i kazałam ją zablokować - od 1 maja nie powinna już działać.

założyłyśmy jej konto w banku, który obsługuje moje konta. mam tam zaprzyjaźnione panie, które od razu ściągnęły mi info z bik nt. kredytów mojej matki. ufff... tylko te dwa kredyty... nie ma nic więcej. w sumie jest to nawet powód do radości ;)

teraz, wraz z paniami z "mojego" banku, działamy tak, ażeby wziąć kredyt z dużo mniejszym oprocentowaniem i spłacić tamte...
w chwili obecnej możemy wziąć (w sensie matka może) wziąć kredyt, który będzie ją dużo mniej kosztował niż tamte dwa - uważam, ze jest to super rozwiązanie.
dzięki temu będzie miała troszkę więcej kasy w kieszeni w skali miesiąca.



2 rozdanie... czyli podliczenia

jestem już po rozmowie z moją matką.
nie było łez, gdyż zabroniłam jej płakać. powiedziałam, że się już na to nie nabiorę.
rozmowa odbyła się u niej w domu.
najpierw pokazałam jej szafki, w których są poukładane ubrania, ręcznik i pościel. następnie przeszłam do szafek z butami i kosmetykami.
pokazałam jej zdjęcia z akcji "wielkie porządki". starałam się jak najbardziej zobrazować stan, w jakim żyła. chciałam jej pokazać, że to co miała w szafach nie było czymś normalnym.
następnie przeszłam do kwestii finansów.
wypisałam prawie wszystkie jej wydatki:kredyty, karty kredytowe, debety, rachunki. po podsumowaniu wszystkiego wyszło, ze na życie zostaje jej 126 zł! ładna kwota... i to ma starczyć na jedzenie dla niej i dwóch kotów, na żwirek, na leki...
zapytałam czy kiedykolwiek robiła taką kalkulację - odpowiedziała, że nie.
ręce opadają...
ponieważ utraciłam do niej zaufanie, postanowiłam zabrać jej dowód osobisty. oddała mi go bez żadnych problemów. wzięłam również wszystkie dokumenty jakie miała w domu. powiedziałam, że na razie to ja będę zarządzać jej kasą.
zgodziła się.



tyrytyty... kredyty...

moja matka jest zadłużona... i to na dosyć sporą kwotę. do spłaty ma łącznie prawie 60.000,00 złotych.

moja matka jest emerytką, która ma dosyć ładną emeryturę - trochę ponad 1.500,00 zł. do tego dorabia na pół etatu i od czasu do czasu sprząta prywatne domy. miesięcznie ma ok. 2.500,00.




ostatnio

moje ostatnie dni wyglądały następująco:
rano - pobudka; szybki prysznic; brak balsamowania; szybki makijaż; szybkie suszenie włosów i ich związywanie w kucyk bo tak łatwiej; szybkie karmienie kotów; szybki papieros i wiooo do pracy
od 8 do 17/18 ej - praca, raz szybciej raz później.
od popołudnia do wieczora - po pracy, szybki galop (auto jak na złość się popsuło - magiczna skrzynia biegów :/) do mieszkania mojej mamy; sprzątanie; karmienie kotów; sprzątanie; wywalanie worów ze śmieciami; segregowanie rzeczy zdatnych do użytku ale zupełnie zbędnych mojej mamie;
wieczór - galop do domu (czasem mąż po mnie podjeżdżał), szybki prysznic, ostatnia fajka dnia i spać

to tak w skrócie... dzień po tym jak ogarnęłam szafki na przedpokoju przyszedł czas na zajrzenie do szaf w pokoju mojej matki. widok, że tak się wyrażę, nie był oszałamiający, ale nie był też tragiczny.







jak widać, w szafkach był po prostu bałagan. kto z nas nie ma czasami bałaganu w szafkach? postanowiłam z dobroci serca posegregować te rzeczy. najpierw trzeba było oddzielić ubrania od obrusów, firanek, pasków, ozdobnych pokrowców na donicę z choinką (!). udało się. trwało to 4 popołudnia, które zakończyły się ogromnym sukcesem.
pozbyłam się 5 pełnych worów odzieży, 2 worów ręczników oraz 3 worów pościeli, obrusów, firan i zasłon. w szafkach zrobiło się bardzo przejrzyście. zostawiłam 6 kompletów ręczników (komplet = duży ręcznik + mały ręcznik), 6 ręczników do wycierania rąk, 10 ściereczek kuchennych, po 3 komplety firan i zasłon. ubrań też zostało sporo - uważam, że jeżeli usunęłam coś bez czego moja mam nie da rady żyć, to jej to kupię.
poniżej zamieszczam zdjęcia rzeczy, które oddała do domu samotnej matki:
w trakcie pakowania:
i efekt końcowy:

mnie efekt zadowolił. w trakcie sprzątania z jednej z szafek wypadł wyciąg bankowy. dzięki temu odkryłam, że moja mama jest zadłużona. niestety nie są kwoty rzędu kilku czy kilkunastu tysięcy... i wtedy wykonałam pierwszy "niemiły" telefon do mamy...

cdn





1 rozdanie

twarde postanowienie uprzątnięcia mojego pokoju. ale coś mnie tknęło i zajrzałam do dwóch małych szafek na buty stojących na przedpokoju - viola! i tu cię mam! zamiast butów - kosmetyki, ogrom worków na śmieci i worków do odkurzacza. łapię pierwszy lepszy krem - przeterminowany, łapię kolejny - również po terminie. wysypałam wszystko na podłogę i wzięłam się za przeglądanie. efekt - cała siata, w większości nowych ofoliowanych, kosmetyków do śmieci. przy okazji znalazłam ok. 200 metrów pojedynczych sznurówek; 60 l wór wypełniony tzw. smyczami, które możemy zawiesić sobie na szyję; do tego doszły miniaturowe dzwonki i dzwoneczki... miarka się przebrała gdy znalazłam siatkę z ubrankami dla lalek barbie(!) w rodzinie nie ma żadnej dziewczynki, której te ubranka mogłyby się przydać! masakra... uczucie porażki... zwątpienia... ogromna rozpacz, która nie pozwala na uronienie ani jednej łzy...

koniec dnia 1: 4 worki 160 l + 1 siata z lidla z kosmetykami  (rekordzista: amol, rocznik 2007)


dlaczego taki blog?
dlaczego zachciało mi się pisać o zbieractwie?
co ja mam z tym wspólnego?
dlaczego teraz dotykam ten temat?
co o tym wszystkim myślę?
czy mam jakąś nadzieję?


matka:
lat: 64
zawód: sprzątaczka na emeryturze, pracująca na 1/2 etatu i dorabiająca sobie od czasu do czasu
samotna; raz rozwódka, raz wdowa - w zależności z kim rozmawia, posiada 2 koty
dzieci: 2 córki ( 44 l. i 29 l.)
permanentna ofiara

córka:
lat: 29
zawód: zarządza firmami swoimi i męża
mężatka; posiada 3 koty
dzieci: brak

blog ten dedykuję wszystkim ludziom, którzy są dotknięci zbieractwem - pośrednio i bezpośrednio.
jestem córką zbieraczki i kredytobiorczyni. jestem córką "wiecznej ofiary". jestem córką osoby, której hymnem życia jest "znowu w życiu mi nie wyszło...". jestem samotną ofiarą mojej matki.

dlaczego samotną? bo nikt nie jest w stanie mnie zrozumieć. mój mąż mnie bardzo wspiera, ale wiem, że on do końca nie jest w stanie pojąć zarówno tych wszystkich rzeczy, które gromadzi moja matka, jak i tych wszystkich pożyczek i kredytów. mam jeszcze o 15 lat starszą siostrę, ale jej jakby nie było. 3 lata temu wyjechała do uk. niby napisze do mnie słowo wsparcia, ale dla mnie to za mało... łatwo jest pisać i doradzać jak nie trzeba na co dzień patrzeć temu problemowi prosto w oczy.

2 tygodnie temu moja mama wyjechała na urlop do uk. postanowiłam wtedy, że przejrzę jej mieszkanie. z pozoru to mieszkanie nie przypominało mieszkania "typowego" zbieracza, jakie pokazują w tv.  w pokoju mojej mamy oprócz segmentu i kanapy nie ma nic więcej. nie ma żadnych kartonów ani innych rzeczy. na pierwszy rzut oka wszystko wygląda ok. jedynie "za szybką" można znaleźć 20 kompletów kieliszków i multum małych bibelotów - co można wytłumaczyć, że ma prawo lubić takie drobiazgi. w moim pokoju już było trochę inaczej. karton na kartonie; mnóstwo toreb, torebeczek; gazety; ogrom książek; i całe mnóstwo zbędnych rzeczy (np. skarbonka wykonana z dykty, oklejona dziecięcymi zabawkami - pewnie ktoś chciał wyrzucić, a mama przygarnęła; obdrapane drewniane figurki, które dawno dawno temu przypominały koty - to wiem, że sąsiadka chciała wyrzucić, ale mama je uratowała). i tak to się zaczęło...

cdn...
to tak w skrócie... w kolejnych wpisach postaram się relacjonować perypetie moje i mojej matki...

tymczasem zapraszam do mojego dawnego pokoju: